Królowa Niewidzialnych Jeźdźców – recenzja audiobooka
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Do sięgnięcia po tę pozycję zachęcił mnie darmowy przesłuchany fragment. Pomyślałem, że jeśli książka okaże się równie dobra, jak głos Lektora, będę miał okazję poznać prawdziwą perełkę wśród audiobooków. Niestety, miałem nadzieję, na książkę w stylu fantasy, a wysłuchałem baśni.
Przez bitych kilka godzin walczyłem z sobą i ogromną pokusą zastąpienia tego audiobooka jakimś innym, co spowodowane było irytującą manierą Autorki, która nie nadała większości swoich postaci żadnych imion. Zdarzało się więc, że przez kilka zdań z rzędu słyszałem, że np. Młynarka Wdowa zrobiła to, albo, że Młynarka Wdowa pomyślała o czymś innym. Innym przykładem niech będzie Czarodziej, Władca Granicznej Góry – na dłuższą metę słuchanie takiego, często powtarzanego imienia było męczące. Przeszkadzał też szyk przestawny, użyty w kilku niepotrzebnych, niemożliwych dla mnie do wytłumaczenia, momentach. Przez całą książkę przewija się określenie “świata całego” (drugi taki zbitek pojawił się tylko raz i akurat wyleciał z głowy
), choć wszystkie pozostałe przymiotniki stoją przez rzeczownikami, które opisują. Przyznaję, jednak, że moje krytyczne nastawienie do książki może być spowodowane tym, że chyba jestem ponad dwukrotnie starszy, niż jej grupa docelowa.
Bardzo możliwe więc, że młodsi słuchacze lepiej będą mogli docenić tę pozycję. Aby być jednak sprawiedliwym dodam, że dobrnąłem do końca audiobooka, bo byłem zwyczajnie ciekawy, jak się zakończy i…
…zachwycony rewelacyjną interpretacją Lektora. Zarówno barwa głosu, jak i tempo czytania oraz intonacja, są absolutnie najwyższej próby. Postacie mają swoje, nieprzesadzone głosy i charakterystyczną dla siebie wymowę. Słuchając tej książki naprawdę można było zanurzyć się w przedstawionym świecie. Bardzo się cieszę, że (choć przypadkiem) trafiłem na audiobooka czytanego przez tego Lektora. Z całą pewnością, to nie będzie ostatnie spotkanie z audiobookami w jego interpretacji.
Autorem recenzji jest Adam Konopelski, prowadzący bloga audiobooks.blox.pl.
Miesiąc miodowy – recenzja audiobooka
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Po przeczytaniu opisu tej pozycji (który, niestety, nie pozostawia wiele miejsca na domysły) ma się wrażenie, że będzie to standardowy kryminał/thriller. I często tak jest, czego przykładem niech będzie niezbyt wyszukany motyw czarnej wdowy i śledzącego ją agenta, który poddaje się jej urokowi. Na szczęście, Autor część informacji ujawnia w późniejszych rozdziałach, dzięki czemu rozgrywka pomiędzy Norą a Johnem jest całkiem intrygująca.
W samej książce nie spodobały mi się dwie rzeczy: zachowanie agenta, który choć wydaje się być doświadczonym zawodowo funkcjonariuszem, w jednym z rozdziałów przebija nierozgarniętego żółtodzioba (myśląc, że gdy weźmie sobie kilka dni urlopu, to złoczyńcy, których szuka również to uczynią) oraz zakończenie w stylu “królik z kapelusza”.
Nie zmienia to jednak faktu, że sama książka mnie wciągnęła i gdy już zacząłem słuchać, ciężko było się oderwać.
Moje odczucia co do Lektora i jego interpretacji kilkakrotnie się zmieniały. Po wysłuchaniu darmowego fragmentu stwierdziłem: “to może być niezłe”. Gdy zacząłem słuchać całego audiobooka doszedłem do wniosku, że Lektor powinien zajmować się czytaniem zapowiedzi w trailerach filmowych, bo maniera z którą przedstawia książkę, na dłuższą metę będzie irytująca. Ostatecznie jednak interpretację uznaję za całkiem satysfakcjonującą. Po pierwsze dlatego, że w dalszych rozdziałach, zanika specyficzny sposób czytania, a po drugie – głosy, które Lektor nadał postaciom są w ogromnej większości unikalne i zostały dobrze (nawet, jeśli czasem z lekką przesadą) oddane. Tempo czytania jest dobre, tembr głosu przyjemny. Warto posłuchać.
Recenzja pochodzi z bloga audiobooks.blox.pl. Audiobooka można kupić w naszym sklepie tutaj.
Z “Autopsją” za pan brat – szczera recenzja audiobooka
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Na AudiobookFan oceniamy książki takimi jakie one są. Bez zbędnych pochlebstw. Recenzujemy szczerze do bólu. Tym razem zapraszamy do lektury recenzji audiobooka “Autopsja” (autorstwa Tess Gerritsen, czyta Maria Maj).
Maria Maj czyta ją z wyczuciem, może poza samym początkiem. Nota bene ten rozpędzający się wstęp słyszalny jest mniej lub bardziej w innych polskich produkcjach audio, dlatego producentom po nagraniu całości zalecałbym sprawdzić jak zrealizowane nagranie wypada w porównaniu z końcem, by w razie potrzeby powtórzyć rejestrację pierwszych kilkunastu minut.
W przypadku tego audiobooka jest to szczególnie widoczne, gdyż „Autopsja” zaczyna się i kończy tą samą wypowiedzią – proszę porównać intonację lektora. Realizator w studio nie zadbał ponadto o wyrównanie poziomu głośności materiału, przez co przy słuchaniu na odtwarzaczach przenośnych częstsze użycie potencjometru przy zmianie rozdziału książki staje się konieczne.
Jeżeli chodzi o treść książki, to mamy do czynienia z thrillerem klasy C z przebłyskami na klasę B. Prosta, kryminalna historia. Jak już pojawia się coś ciekawego, przypominającego Robina Cooka, to dalsze stereotypowe sytuacje, a przede wszystkim dialogi z filmów klasy C zbijają książkę na coraz niższy poziom. „Autopsja” może służyć od biedy do zabicia czasu w podróży, przyjemności wielokrotnego słuchania przy kominku raczej nie dostarczy.
Audiobooka można kupić w sklepie internetowym z audiobookami i ebookami Nexto.pl. Książka cieszy się różnymi opiniami od krytycznych (j.w.) po bardzo dobre (naszych Klientów).
“Pachnidło” – recenzja audiobooka w interpretacji Tomasza Traczyńskiego
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Nie wierzę w dobre intencje Patricka Süskinda. Nie wierzę po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci… Omamia od samego początku, od pierwszych słów powieści. Bawi się mną, bawi się historią. Oszukuje. Dlaczego? Ale o tym za chwilę.
Nie miałem szczęścia znać Süskinda wcześniej. Pierwszy raz usłyszałem o nim, gdy zekranizowano powieść, w gazetach pojawiły się recenzje filmu, na afiszach, które zapełniły chodniki i szklane tablice przed kinami przyciągała nas piękność o krwistoczerwonych ustach i włosach, z odsłoniętym dekoltem. Niezwykle współgrająca z tytułem. Pachnidło… Czyż to nie perfumy, nie Paryż, nie Francja, nie dama… I do tego ta róża w opadającej dłoni. Ale róża nie czerwona, nie symbol miłości, tylko blada, bladoróżowa, może zbyt biała, symbolizująca dziewictwo, śmierć… Kiedyś jedna z moich przyjaciółek rzekła, że okładka to drzwi książki. Wówczas nie wiedziałem, że plakat filmowy jest odzwierciedleniem okładki „Pachnidła” wydanego po polsku. I nie zwróciłem uwagi na film. Może pomyślałem, sugerując się trochę podtytułem „Historia pewnego mordercy”, że to na poły melodramat, na poły kryminał, nie zastanawiając się, w jakich czasach dzieje się fabuła. Ktoś zwrócił mi uwagę, że powinienem przeczytać „Pachnidło”. Pytaniem: „Nie znasz Süskinda?” rozwiał rozterki. Ten sam człowiek, który parę miesięcy później podsunął mi pod nos „Gołębia” i „Kontrabasistę” tego autora. Ach! Gdybym wcześniej znał te „jednoaktówki”! Wówczas rzuciłbym się na film i na książkę. Ale wyszło dobrze. Nie musiałem długo szukać. W witrynach księgarń nadal królowała uśpiona śmiercią dziewica. I… wyobraźcie sobie, co za szczęście, powieść towarzyszyła mi w Paryżu! Czytać „Pachnidło” w paryskim metrze! Nie każdemu to się zdarza. Fascynacja miastem, smakowanie powieści, mając za tło siedemnastowieczne kamienice, brzegi Sekwany, gdzie ponad dwieście lat temu królował targ rybny, mosty, z których jeden stał się trumną wielce szanownego mistrza perfumeryjnego Giuseppe Baldiniego! I może dlatego nie smakowałem powieści, nie zastanawiałem się nad każdym rozdziałem, akapitem, zdaniem. A dałem się wciągnąć w atmosferę, ponieść emocjom. Powtarzam, wyszło dobrze. Książka mnie zafascynowała. Zawładnęła mną. I owymi emocjami, fascynacjami, prawie, że na „gorąco”, podzieliłem się z Czytelnikami we wcześniejszej recenzji. Potem był film. Nieco rozczarowujący. Czemu? Przede wszystkim bohater. Wyobraźnia narzuciła mi postać szkaradną, okropną, brzydką. Powłóczący nogą garbus, pokurcz Grenouille. W adaptacji był po prostu przystojny… Nie pasował do ohydztwa które Süskind zafundował na kartach książki. Nie pasował do brudu, smrodu, szaleństwa. Może oczy… Ale cóż oczy! Nie był to pies który węszy, który staje na dwóch łapach i wyłapuje nosem zapachy, którymi tylko i wyłącznie rozpoznaje świat! Takiego Jana Baptystę Grenouille’a, genialnego i odrażającego człowieka, odnalazłem na powrót w interpretacji Tomasza Traczyńskiego. Tak, z ogromną przyjemnością wysłuchałem kolejnej „wersji” „Pachnidła”. Tym razem w formie audiobooka. Och, tak, aktor przede wszystkim teatralny, Tomasz Traczyński dopełnił trylogii „Pachnidła”. Książka, film, słuchana książka. Ten głos który towarzyszył mi przez parę dni, w sumie przez ponad 10 godzin, wydobył to, co najpiękniejsze z powieści. Zwrócił uwagę na to, czego wcześniej nie dostrzegłem, a co może gdzieś tam dobijało się do mych myśli, ale nie zostało sprecyzowane, może się zatarło. Ten, momentami tylko monotonny, głos, wyrywał co kilka zdań słuchacza z jednostajności, każąc wręcz rozmyślać nad zmieniającym się nurtem historii pewnego mordercy.
To właśnie wsłuchując się w głos Tomasza Traczyńskiego zacząłem zwracać uwagę na fragmenty powieści które rozpostarły przed mną całkiem inną jej panoramę. Po tym nieco przydługim prologu chcę skupić się zatem na przepięknym oszustwie Süskinda. Dlaczego piszę, że przepięknym? Bo interpretując fabułę w ten sposób odkrywam jej wielowarstwowość. Choćby początek w którym autor zapowiada powieść historyczną, opowieść o zapomnianej postaci, ale równej Napoleonowi, markizowi de Sade, Saint-Justowi, Fouché’owi, i natrętnie podsuwając czytelnikowi kolejne postacie już niezwiązane z oświeconą Francją, bo Hitlerem, Stalinem, i mnóstwem legendarnych seryjnych morderców z Kubą Rozpruwaczem na czele. W niezłym towarzystwie stawia swojego Grenouille’a, któremu przyporządkowuje oprócz miejsca w panteonie genialnych potworów, także mityczne atrybuty, ale odpowiednio skonstruowane. Czytelnik słuchając wypowiadanych przez Traczyńskiego z naciskiem słów prawie widzi jakiegoś mitycznego potwora, który pojawia się na XVII-wiecznym świecie jako emanacja zła, stworzona przez nie Boga przecież, a jakiegoś strasznego Demiurga, który z demonicznym rechotem sprowadza na Paryż najgorsze nieszczęście tych czasów, nie wypełzające z puszki Pandory, ale otwierające wieko z trzaskiem. Bo te narodziny w najobrzydliwszym miejscu Paryża, pośród niewiarygodnego smrodu, biedy, pijaństwa, zatracenia moralności, ba! najzwyklejszych ludzkich uczuć, to jak perwersyjna, piekielna i złośliwa wersja „Narodzin Wenus”.
Oszustwo tak wstrętne jak sam Grenouille i jak miejsce, gdzie pojawił się na świecie. Tak wstrętne jak poczęcie pośród rybich odpadów i jak bezduszność matki, która zostawia niemowlę na pewną śmierć. Czy tutaj narodził się potwór? Czy to ta chwila urodzin i pierwszy kontakt z rzeczywistością predestynuje Jana Baptystę do roli, którą spełni w życiu? Jeżeli tak pomyślisz, Drogi Czytelniku, to pochylisz głowę nad nieszczęściem i będziesz przez chwilę współczuł egzystencji paryskiego plebsu. Nie rób tego! Dasz się porwać i omamić autorowi. Ale wierząc w szatańskie namaszczenie też jesteś omamiony teorią o pojawianiu się na świecie potworów, których jedynym celem jest unieszczęśliwienie ludzkości.
Więc wiesz już, Czytelniku, że nie będzie to elegancki kryminał, gdzie główną rolę odegra morderca ubrany w koszulę z koronkami, a ofiarami nie będą damy o krwistoczerwonych ustach, zabijane delikatnym pchnięciem sztyletu. Nie będzie to kryminał, gdzie wśród zapachu najdroższych perfum Paryża przystojny osiemnastowieczny detektyw zapobiegnie śmierci jednej z ofiar, a wszystko skończy się długim pocałunkiem na ostatniej stronie… Bo to oszustwo. Bo zamiast owego pałacowego kryminału i kilkusetstronicowego odkrywania mordercy mamy błoto i smród. Mamy potwora, którego słowo za słowem, krok po kroku poznajemy od podszewki. Momentami się z nim utożsamiamy, współczujemy. Widzimy nędzę żywota i jesteśmy pewni, że to absolutny outsider, który prawie… nie istnieje. Bo jak może istnieć ktoś, kto nie ma zapachu i stąd jest dla innych niepozorny, niewidoczny. Ktoś, przy kim wszyscy czują się, co najmniej nieswojo. Ktoś, kto na tym zyskuje. Ktoś, kto dzięki temu potrafi przetrwać, przeżyć bez towarzyszy dziecięcych zabaw, bez młodzieńczych uniesień, bez przyjaźni zawodowych. Mając tylko jeden cel i jeden atrybut. Posiadać zapach. Węszyć doskonale.
Grenouille dzięki owej nierozpoznawalności przemyka przez świat od wczesnego dzieciństwa. Ta swoista bariera niechęci i strachu pozwala mu raz nie zwracać na siebie uwagi, innym razem z ulgą kończyć z nim znajomość. Süskind opisując historię mordercy, jego dążenie do celu, kolejne „prace”, które niechybnie czytelnik skojarzy z konstrukcją baśni czy starożytnego mitu, okrasza ją nader wyrazistymi widokami najpierw plebejskiego Paryża z jego sierocińcami, przytułkami, garbarskimi warsztatami, do czego dorzuca nazwy ulic, placów, mostów. Potem, jakby awansując bohatera w jego drodze ku przeznaczeniu, opisuje życie zawodowe wielkich paryskich perfumiarzy, z ich rozterkami, oszustwami, warsztatem zawodowym, stylem pracy, dodając do tego rys historyczny na temat ówczesnej ekonomii i kultury. I znowu mami czytelnika. Najpierw dając popis Dickensowskiego stylu, prawie że porównując Paryż do Londynu, a Grenouille’a do skrzywdzonych sierot, następnie sugerując autentyczność wymyślonych przez siebie postaci. Oczywiście daje to niezwykłą przyjemność i czytania, i słuchania. Nawet słuchania bardziej, bo Tomasz Traczyński to raz waży głos, innym razem przyśpiesza, albo odpowiednio akcentuje wskazując na nerwowość zachowań na przykład Baldiniego, czy też szybkość bądź ważkość akcji. To przyjemne, ale tak czy inaczej pisarskie zwodzenie. Za chwilę czytelnik musi wrócić do obserwowania swoistej pielgrzymki Grenouille’a, której celem jest świątynia zapachu. A on uwija się jak w ukropie. Zdobywa wszystko, co przybliża go w jego mniemaniu do osiągnięcia celu, przystając na chwilę napotkawszy zapach dotąd nieznany, a który ukierunkuje jego zachowania na dalszą część życia, zatrzymując się w warsztacie perfumeryjnym mistrza Baldiniego, oraz mistycznie się przepoczwarzając na wzór pielgrzyma-pustelnika w jaskini Owernii. Owe przystanki to cezury jego życia. Stamtąd wychodzi doskonalszy. Tam wszędzie rodzi się morderca. Morderca piekielnie doskonały, którego nic nie interesuje. Nie nęcą go pieniądze, kosztowności, zaszczyty, własny warsztat perfumeryjny. Świat doczesny go nie interesuje. Ludzie go nie interesują. Wszystko to, co go otacza, co przypadkiem jest w jego zasięgu, jest albo pomocne i wykorzystywane przez niego, albo odrzucane jako kompletnie bezwartościowe. I jak nie porównać Jana Baptysty do mesjasza, szaleńca?
A Süskind oszukuje nadal. Zwodzony czytelnik już, już widzi koniec powieści, gdy autor zaskakuje kolejną wizją świata i ludzi. Gdy przez wiele stron przygotowuje nas na zakończenie w postaci dobrze spełnionego morderczego dzieła, bądź szlachetnego ukarania zbrodni, nagle widzimy eksplozję już nie tylko Grenouille’owego szaleństwa. Nie! To szaleństwo ludzkości. Czy czytelnik dopatrzy się w tym ironii na temat manipulowania widownią, ogólnie społeczeństwem? Może to kpina z public relations? A może w jakimś stopniu to wadzenie się z Bogiem, religią? Może aluzja do francuskiego Oświecenia? Tyle, że jaka?
A gdy jesteśmy pod wrażeniem rozpostartych, prawie na podobieństwo skrzydeł jakiegoś starożytnego boga, ramion Grenouille’a, emanacji boskości i ukontentowania tak wielkim zwycięstwem, jakie może być tylko dane bogom, bohater znowu znajduje się na szlaku i czytelnik widzi już tylko jego plecy w kurzu drogi i podskakujący tobołek… Czy tak odchodzą bogowie? Och, nie! Jan Baptysta nigdy by sobie na to nie pozwolił. W szalonym umyśle, zaprogramowanym przez piekielne moce tli się ludzka myśl. Czy wszystko to, co spotkało go do tej pory, miałoby go tylko postawić na królewskim, papieskim, czy boskim piedestale? Czy nie chodzi o to, że ten pokurcz, garbus okrężną drogą chciał być jedynie człowiekiem? Czyż nie jest właśnie rzeczą ludzką zdobyć wszystko i runąć? Runąć w niebyt?
Artykuł pochodzi z serwisu Libertas.pl. Autorem artykułu jest Jerzy Lengauer. Książka audio mp3 znajduje się w ofercie sklepu Nexto.pl. Można ją kupić w tym miejscu.
„Siddhartha” – Hermann Hesse – recenzja audiobooka
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Przyznaję: to moja pierwsza „słuchana” książka… Jak ze wszystkim, do czego ma się wątpliwości, wynikające z niewiedzy, braku doświadczenia, braku obeznania, i z tym był kłopot. Nie wierzyłem, że może zastąpić „zwykłą” książkę. I oczywiście nie zastąpiła. Ale… Właśnie, to „ale” jest bardzo miłym wspomnieniem z lat PRL-u, w którym się wychowałem i lat „przełomu”, gdy wchodziłem w dorosłe życie, szukając innych rzeczy niż tylko podwórko, szkoła, studia (potem praca), sprzątanie w domu. Raczkowały kasety z muzyką, CD nie było. „Prawdziwa” muzyka tylko w radiowej „Trójce”. No i w tejże „Trójce” czasami miłe głosy czytały powieści w odcinkach. Byłbym kłamcą gdybym napisał, że czekałem na te odcinki każdego dnia. Skłamałbym gdybym napisał, że pamiętam choćby jeden tytuł. Nie, nie! To nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że słuchanie z głośników jakiegokolwiek urządzenia odtwarzającego nagranie mp3 (jak czasy się zmieniły, a my wraz z nimi!), których przecież jest mnóstwo, sprawiło mi ogromną przyjemność i na dobrą chwilę przypomniało ile można mieć radości ze słuchania interesującego tekstu, opowiedzianego dobrym, potrafiącym omotać słuchacza, głosem. Przyjemność i radość, których się nie spodziewałem, a które kiedyś odczuwałem. Tak, tak, może przy audiobooku zadziałać wyobraźnia: książka towarzyszy przy prawie każdej okazji, gdy nie musimy szczególnie skupiać się umysłowo, mianowicie zmywając, prasując, jadąc samochodem, siedząc w pociągu, autobusie, tramwaju, w drodze do pracy i z pracy… Wystarczy tylko drobne urządzenie z napisem „mp3” i czarodziejska płyta…
Bez dwóch zdań, taki właśnie sympatyczny głos ma lektor i aktor Zbigniew Moskal. Nie oglądam telewizji, a pan Moskal jest chyba przede wszystkim aktorem telewizyjnym. Ale to nie jest absolutnie ważne. Bo wagę przywiązać należy do brzmienia jego głosu. A przy czytaniu „Siddharthy” Hesse’go sprawdził się znakomicie. Łagodny, bardzo wyraźny głos, jest świetny jak na narratora, ale jakże pięknie prezentuje słuchaczowi wypowiedzi bohaterów książki: Siddharthy, Gowindy czy Wasudewy, którzy z racji swoich charakterów i postaw wypowiadają się łagodnie i spokojnie. Czasami lektor nadaje swojemu głosowi więcej nut basowych, co od razu przywołuje jego postać ze zdjęcia na okładce audiobooka.
Taki głos mógł adeptów szukania wyzwolenia z samsary prowadzić do nauki prawidłowego wypowiadania świętej głoski OM. Taki głos mógł zadawać buddyjskie koany. I taki głos odczytuje słowa napisane przez Hermanna Hesse’ego przed prawie stu laty. Bo już w tytule, a następnie w, ujmijmy to w ten sposób, prologu do części pierwszej, Hesse nazywa powieść „poematem indyjskim”, dedykując jego część pierwszą „drogiemu, czcigodnemu Przyjacielowi” Romainowi Rollandowi, pisarzowi, pacyfiście, obrońcy praw człowieka w ramach współpracy między narodami Europy (drugą część dedykuje swojemu kuzynowi Wilhelmowi Gundertowi), i tłumacząc, że pisał ją już w 1914 roku.
Dlaczego autor nazwał „Siddharthę” poematem indyjskim? Nie jest to przecież utwór poetycki o okazałych rozmiarach. To bardzo krótka powieść czytana przez lektora przez nieco ponad cztery godziny, napisana w 12 rozdziałach, licząca około 120 stron. Oczywiście można przyznać, że jest to poemat napisany prozą, niepoddany rygorom sztuki wierszowanej, ale będący refleksyjny i nacechowany wypowiedziami poetyckimi. Być może Hesse był wówczas pod wpływem starożytnej literatury indyjskiej, a szerzej – fascynacji kulturą Dalekiego Wschodu, po podróży na Wschód, którą odbył w 1911 roku? Dlatego powieści nadał taki a nie inny podtytuł. Być może wzorował się trochę na poemacie o życiu Siddharthy-Buddy, luźno swój utwór w warstwie narracyjnej na nim opierając, a raczej biorąc za podstawy swojej powieści opisane w nim życie Gautamy.
Pewnie Hesse z całą literacką perfidią nadał swojemu bohaterowi imię Siddharthy. Pewnie już w pierwszej połowie ubiegłego wieku każdy szanujący się czytelnik interesujący się historią religii, Wschodem, czy buddyzmem wiedział, że to imię indyjskiego księcia z klanu Siakjów, który około 500 lat przed Chrystusem doznał Oświecenia, wyrywając się z zaklętego kręgu narodzin i śmierci. Czy to metafora skierowana do ówczesnego społeczeństwa nakierowanego na zdobywanie kapitału i dążącego do wojny, żeby rozszerzać granice dla niepohamowanego konsumpcjonizmu? Być może. A może też to wielka pisarska wizja autora, który przewidział rozwój cywilizacji i widząc jej niedaleki duchowy upadek postanowił przypomnieć Europie o innych drogach prowadzących do rozwoju człowieka? W każdym razie wprowadzając do utworu wątki poetyckie i baśniowe stworzył niewielką w objętości, ale wielką w przesłaniu powieść na pozór filozoficzną, ale zawierającą nauki dla współczesnego autorowi czytelnika, jak i aktualną w XXI wieku.
Mógłby czytelnik-słuchacz powiedzieć, cóż za nudna powieść! Cóż za filozoficzne nużące wywody! Nie i jeszcze raz nie! Spróbujmy zrozumieć wschodni spokój i łagodność dając się ponieść atmosferze bambusowych gajów, mijając pośród nich mnichów w pomarańczowych szatach. Przypomnijmy sobie czytane w dzieciństwie baśnie. Przypomnijmy sobie z trudem rozumiane wówczas metafory, przenośnie, morały. Co do nich prowadziło? Dlaczego bajka potrafiła nas wciągnąć? Słuchacz „Siddharthy” powinien zadać sobie takie pytania, bo konstrukcja utworu przypomina bajkę. Bajkę wschodnią. Hesse każe swojemu bohaterowi – młodemu adeptowi braminizmu, tak jak Siddharcie-Buddzie wyruszyć w drogę, którą znaczą rozstaje, na których bohater-wędrowiec dokonuje wyborów, które zmieniają nie dość, że jego życie, ale tym samym scenę, opowieści, tudzież wprowadzają na nią nowych aktorów. Tych aktorów jest mało. Prawie jak w jednoaktówce. Każdy z nich spełnia niezwykle przemyślaną przez autora rolę. Są bardzo ważnym elementem zmian dokonującym się w życiu bohatera, w jego podróży przez życie, w jego podróży przez własną duszę! Boję się streszczać książkę, bo wtedy słuchacz straci całą przyjemność jej wysłuchania. Ale wymienię tych najważniejszych aktorów: przyjaciela Siddharthy Gowindę-bramina, Wasudewę – towarzysza starości, Kamalę – kurtyzanę, Kamaswamiego – kupca. Spotkanie każdej z tych postaci przez Siddharthę jest punktem zwrotnym w jego życiu. Stanowi o zmianie jego stosunku do samego siebie, do życia, do oglądu świata, w którym żyje, do smaku jedzenia, do kobiet, do rzeczywistości, jak chociażby wygląd nieba, śpiew ptaków, do pragnień, żądzy, pogardy do innych ludzi… Słuchacz śledzi te zmiany i odkrywa w sobie podobną ewolucję uczuć, ba! potrafi ją nawet uzasadnić, gdy Hesse słowami bohatera lub jego towarzyszy odsłania przez całe życie nam asystujące uczucia i emocje, których na co dzień nie dostrzegamy, albo je po prostu odrzucamy w pogoni za nic nieznaczącymi błahostkami. Owe błahostki też Hesse nazywa! Wrzuca Siddharthę w doły żądzy i pragnień, które dla większości są najbardziej pożądanymi do zdobycia szczytami – pieniądze, władza i hazard. Ale to nie taka prosta bajka! Nie ma w niej jasnego podziału na dobro i zło. Dowodem na to jest fakt odrzucenia przez bohatera nauk Buddy. Odrzucenia, ale… nie do końca. Tak naprawdę to trudno jest orzec, gdzie Siddhartha z rodu braminów znalazł ukojenie i złoty środek. Gdzie znalazł oświecenie? Być może odpowiedzią jest życie każdego z nas. Życie, w którym przeplatają się przeróżne perspektywy dające nam możliwość spojrzenia z wielu stron na innych ludzi, dostrzec zieleniejące się drzewa, czy uczestniczenia w rannym letnim koncercie ptaków.
Och! Nie, Hesse nie namawia do hedonizmu czy ascezy. Nie namawia do szukania towarzystwa kurtyzan, ani upojenia się hazardem. Nie namawia do siedzenia w lotosie pod drzewem bodhi. Nie namawia do oddania się religii, żeby pozbyć się pragnień nowych sprzętów i urządzeń, które umilają nam ciężkie na pozór życie. Hesse raczej pokazuje, że nie należy pogardzać pragnieniami innych, nie nosić się z dumą z powodu nadmiaru pieniędzy czy nadmiaru postu i ubóstwa. Że należy traktować każdego z taką samą cierpliwością, z jaką traktujemy samych siebie, ponieważ wszyscy jesteśmy skonstruowani duchowo w podobny sposób, nosząc pierwiastek Kosmosu, Boga, Nirwany, czy jak byśmy to nazwali. I coś jeszcze: przypomina współczesnemu człowiekowi, żeby idąc rano do pracy miał chwilkę czasu na spojrzenie na drzewa; być może kiełkują na nich wiosenne liście, być może zbliża się zima i opadły już ostatnie…
Więc dajmy się ponieść głosowi pana Moskala, który tak pięknie i spokojnie odczytuje za Hermannem Hesse niezwykle baśniowe w stylu fragmenty oparte na powtórzeniach, przykuwających słuchacza do tekstu czy wręcz hipnotyzujących, jak chociażby rozmowę Siddharthy z ojcem, czy spotkania z Kamalą…
Artykuł pochodzi z serwisu Libertas.pl. Autorem artykułu jest Jerzy Lengauer. Książkę można nabyć w sklepie internetowym z audiobookami – www.nexto.pl.




