Królowa Niewidzialnych Jeźdźców – recenzja audiobooka
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Do sięgnięcia po tę pozycję zachęcił mnie darmowy przesłuchany fragment. Pomyślałem, że jeśli książka okaże się równie dobra, jak głos Lektora, będę miał okazję poznać prawdziwą perełkę wśród audiobooków. Niestety, miałem nadzieję, na książkę w stylu fantasy, a wysłuchałem baśni.
Przez bitych kilka godzin walczyłem z sobą i ogromną pokusą zastąpienia tego audiobooka jakimś innym, co spowodowane było irytującą manierą Autorki, która nie nadała większości swoich postaci żadnych imion. Zdarzało się więc, że przez kilka zdań z rzędu słyszałem, że np. Młynarka Wdowa zrobiła to, albo, że Młynarka Wdowa pomyślała o czymś innym. Innym przykładem niech będzie Czarodziej, Władca Granicznej Góry – na dłuższą metę słuchanie takiego, często powtarzanego imienia było męczące. Przeszkadzał też szyk przestawny, użyty w kilku niepotrzebnych, niemożliwych dla mnie do wytłumaczenia, momentach. Przez całą książkę przewija się określenie “świata całego” (drugi taki zbitek pojawił się tylko raz i akurat wyleciał z głowy
), choć wszystkie pozostałe przymiotniki stoją przez rzeczownikami, które opisują. Przyznaję, jednak, że moje krytyczne nastawienie do książki może być spowodowane tym, że chyba jestem ponad dwukrotnie starszy, niż jej grupa docelowa.
Bardzo możliwe więc, że młodsi słuchacze lepiej będą mogli docenić tę pozycję. Aby być jednak sprawiedliwym dodam, że dobrnąłem do końca audiobooka, bo byłem zwyczajnie ciekawy, jak się zakończy i…
…zachwycony rewelacyjną interpretacją Lektora. Zarówno barwa głosu, jak i tempo czytania oraz intonacja, są absolutnie najwyższej próby. Postacie mają swoje, nieprzesadzone głosy i charakterystyczną dla siebie wymowę. Słuchając tej książki naprawdę można było zanurzyć się w przedstawionym świecie. Bardzo się cieszę, że (choć przypadkiem) trafiłem na audiobooka czytanego przez tego Lektora. Z całą pewnością, to nie będzie ostatnie spotkanie z audiobookami w jego interpretacji.
Autorem recenzji jest Adam Konopelski, prowadzący bloga audiobooks.blox.pl.
Miesiąc miodowy – recenzja audiobooka
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Po przeczytaniu opisu tej pozycji (który, niestety, nie pozostawia wiele miejsca na domysły) ma się wrażenie, że będzie to standardowy kryminał/thriller. I często tak jest, czego przykładem niech będzie niezbyt wyszukany motyw czarnej wdowy i śledzącego ją agenta, który poddaje się jej urokowi. Na szczęście, Autor część informacji ujawnia w późniejszych rozdziałach, dzięki czemu rozgrywka pomiędzy Norą a Johnem jest całkiem intrygująca.
W samej książce nie spodobały mi się dwie rzeczy: zachowanie agenta, który choć wydaje się być doświadczonym zawodowo funkcjonariuszem, w jednym z rozdziałów przebija nierozgarniętego żółtodzioba (myśląc, że gdy weźmie sobie kilka dni urlopu, to złoczyńcy, których szuka również to uczynią) oraz zakończenie w stylu “królik z kapelusza”.
Nie zmienia to jednak faktu, że sama książka mnie wciągnęła i gdy już zacząłem słuchać, ciężko było się oderwać.
Moje odczucia co do Lektora i jego interpretacji kilkakrotnie się zmieniały. Po wysłuchaniu darmowego fragmentu stwierdziłem: “to może być niezłe”. Gdy zacząłem słuchać całego audiobooka doszedłem do wniosku, że Lektor powinien zajmować się czytaniem zapowiedzi w trailerach filmowych, bo maniera z którą przedstawia książkę, na dłuższą metę będzie irytująca. Ostatecznie jednak interpretację uznaję za całkiem satysfakcjonującą. Po pierwsze dlatego, że w dalszych rozdziałach, zanika specyficzny sposób czytania, a po drugie – głosy, które Lektor nadał postaciom są w ogromnej większości unikalne i zostały dobrze (nawet, jeśli czasem z lekką przesadą) oddane. Tempo czytania jest dobre, tembr głosu przyjemny. Warto posłuchać.
Recenzja pochodzi z bloga audiobooks.blox.pl. Audiobooka można kupić w naszym sklepie tutaj.
Śmierć książki tradycyjnej
Czy wydawcy książek drukowanych powtórzą los branży muzycznej?
Śmierć książki (tradycyjnej, papierowej) może nadejść szybciej niż wszystkim się wydaje. Jedyną barierą, która obecnie ogranicza nielegalny obrót książkami w formie elektronicznej jest brak tanich, powszechnie dostępnych i wygodnych czytników do książek.
Rynek muzyczny i książkowy różnią się znacznie. Mimo jednak tych różnic można dostrzec pewne podobieństwa. Na sprzedaż utworów w formie dźwiękowej lub pisanej ogromny wpływ ma powszechna digitalizacja treści.
Każdy z rynków przez wiele lat miał się dobrze. Zyski wydawnictw muzycznych i książkowych były stabilne, na stosunkowo wysokim poziomie. Nielegalny obrót treściami był marginalny, bo wymagał, albo specjalistycznego sprzętu (np. tłocznia, drukarnia), albo był kosztowny (np. obecnie druk książki na drukarce domowej jest stosunkowo drogi i niewygodny). Przemysł muzyczny przez lata funkcjonował, w oparciu o sprzedaż płyt winylowych, później kaset, płyt CD. Podobnie jest z książką, która od lat funkcjonuje w formie kamiennej, papirusowej, skórzanej i wreszcie papierowej.
Masową popularyzację ebooków (także pirackich) blokuje tylko jedna jedyna rzecz. Brakuje taniego i wygodnego sprzętu do czytania książek. Wprowadzenie na rynek tanich np. chińskich czytników w cenie 99-199 zł może wpłynąć na znaczne spopularyzowanie cyfrowych treści, w tym na ilość udostępnianych i ładowanych na czytniki treści z nielegalnych źródeł.
Widać tutaj mocną analogię z muzyką, gdzie samo wprowadzenie formatu mp3 (w przypadku książek jest to PDF, epub itp.) nie wpłynęło tak mocno na rynek, jak sama dostępność urządzeń, dzięki którym praktycznie każdy może mieć dowolną ilość muzyki przy sobie na telefonie lub przenośnym odtwarzaczu mp3. Sprzężenie tych dwóch czynników: łatwego do kopiowania formatu i sprzętu dało mieszankę iście wybuchową.
Jeżeli każdy będzie mógł kupić sobie za 99 zł wygodny czytnik i mieć za darmo np. 200 książek z Chomik.pl to po co mu będą książki papierowe. Papier oczywiście nie zginie, ale nie będzie podstawowym nośnikiem treści dla książek kupowanych dla siebie (nie na prezent, czy mających wartość kolekcjonerską). Potwierdzają to także moje obserwacje osób, które mają w Polsce czytnik. Pierwszym krokiem jest szukanie książek w Internecie. I co wtedy znajdują? Nielegalne pliki, bo legalnych plików brak.
Czy można uciec do digitalizacji?
Nie, nie można uciec od digitalizacji z prostego powodu. Digitalizacja ma miejsce bez względu na to, czy wydawcy w niej uczestniczą, czy nie. Dostęp do zestawu skaner + OCR ma prawie każdy. Siła społeczności w powyższy sposób digitalizujących książki jest niedoceniana przez wydawnictwa. Nawiązując do ostatnich badań w USA przeprowadzonych przez Attributor’s FairShare Guardian wartość rynku nielegalnej dystrybucji książek to blisko $3 mld. USD. W większości są to książki digitalizowane przez użytkowników Internetu.
Quo vadis wydawco?
Odbywając systematyczne rozmowy z wydawnictwami mam nieodparte wrażenie, że każdy wydawca myśli, że jest wyjątkowy. Jednocześnie panuje przekonanie, iż pewne problemy są poza nimi, że one ich nie dotyczą. Wiele branż już upadło lub pełni marginalną rolę przez własną butę i wiarę w niezmienność. W tym wypadku, jeżeli nic w tym względzie się nie zmieni los podobny do branży muzycznej czeka branżę książki drukowanej, która nie jest wcale tak wyjątkowa, jak się niektórym wydaje.
Wnioski
Gaz do dechy: Pierwszym i podstawowym wnioskiem jest konieczne zwiększenie w Polsce tempa digitalizacji treści. Zwiększenie tempa powinno być rozumiane w dwojaki sposób: zwiększenie ilości e-książek na rynku oraz zwiększenie tempa wprowadzania nowości na rynek. Jeżeli Klienci nie znajdą książki w wersji elektronicznej, w wygodnej formie, legalnie, poszukają jej w nielegalnych źródłach.
Warto nie powielić błędów koncernów muzycznych, które przez lata opierały się sprzedaży muzyki w wersji elektronicznej z jednej strony znacznie ograniczając legalną dystrybucję, z drugiej utrudniając życie Klientom skomplikowanymi systemami do ochrony prawa autorskich typu DRM. Co było konsekwencją takiego działania każdy widzi.
Jak pokazują moje doświadczenie we współpracy z wydawnictwem Złote Myśli można wydawać szybko dobre e-książki (w tym samym czasie co papierowe), jednocześnie nie utrudniając życia Klientom skomplikowanymi systemami typu DRM. Można też walczyć z nielegalną dystrybucją wykorzystując narzędzia, które daje Internet (np. wrzucając do sieci masowo darmowe, obszerne fragmenty książek z linkami do naszej księgarni).
OBECNIE W LEGALNYCH ŹRÓDŁACH MOŻNA KUPIĆ NIECO PONAD 2 TYS. TYTUŁÓW, W TYM BRAKUJE TYTUŁÓW TOPOWYCH, BESTSELLERÓW WPROWADZANYCH W FORMIE PLIKÓW W TYM SAMYM CZASIE CO WERSJE DRUKOWANE.
Nowe przygody Mikołajka – recenzja audiobooka
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Za genialnie wydane audiobooki Nowych przygód Mikołajka (dwa tomy) należą się wydawnictwu Znak wielkie oklaski! Już miałem okazję zachwycać się nad okładką audiobooka, która dokładnie kopiuje czy też odzwierciedla okładkę książki. W tym przypadku jest tak samo. Na księgarskiej półce przyciąga natychmiast wzrok. Znakomicie prezentuje się na półce domowej biblioteczki. Wpisuje się pięknie w cały ten szał Mikołajkowy, w te gadżety, przeróżne wydawnictwa, gdzie króluje kreska Sempégo i odmieniane przez wszystkie przypadki imię Mikołajek… W środku znajdujemy nie jedną płytę mp3, ale 11 w pierwszym tomie i 7 w drugim. Oprócz przełożenia tych liczb na rozdziały (i dodatki) w płytach o „normalnym formacie”, to właśnie ta dodatkowa, nadprogramowa płyta zawiera wszystko w formacie mp3! Chciałoby się powiedzieć truizmem, że „dla każdego coś dobrego”. Dla mnie chociażby jest to ogromne ułatwienie. Bez odtwarzacza mp3 mogę słuchać w każdym miejscu mieszkania, nie przeszkadzając innym (jak można przeszkadzać Mikołajkiem?!), i na wieży z cd i na laptopie z mp3.
Czytają Jerzy i Maciej Stuhrowie… Cóż, uznałem to za dobrą wiadomość. Świetną wręcz. I chciałbym na tym zaprzestać. Jerzy Stuhr to według mnie jeden z najznamienitszych żyjących aktorów. Mogłem przyjąć „w ciemno”, iż jest równie znakomitym lektorem, co aktorem. Ucieszyłem się. Słuchać przez wiele godzin głosu ulubionego artysty, czytającego moją ulubioną w dzieciństwie książkę, to coś wspaniałego. Jednak po kilku minutach się rozczarowałem. Dialogi kilkuletnich, pewnie niespełna dziesięcioletnich uczniów, zaczęły mi się jawić jakby knajackim tonem, prawie, że więziennymi rozmowami, jakimś gitowskim językiem, przefiltrowanym jedynie na dziecięce pojmowanie świata. Potem zacząłem się przyzwyczajać, a może i lektor przypomniał sobie o chłopięcych latach. Wszystko wróciło do wyobrażanej przeze mnie normy i zaczęło być wspaniale, przyjemnie… Zacząłem dostrzegać wspaniałą interpretację postaci taty Mikołajka. Nerwowego, kłótliwego, trochę nierozumiejącego dzieci, jakby z niezamierzonym do nich dystansem. Miejscami bardzo śmiesznego, miejscami dającego wiele do myślenia dorosłym czytelnikom. A Maciej Stuhr. Och! I tutaj znowu rozczarowanie, ale już do końca słuchania! I tak jak z jego ojcem Jerzym – doskonały ton, świetna interpretacja postaci dorosłych, ojca Mikołaja, sąsiadów, opiekunów szkolnych, dyrektora szkoły, także kobiecych – przede wszystkim mamy Mikołaja, nauczycielki. Nic dodać, nic ująć. Ale chłopaki, kiepsko! Chyba Maciej Stuhr za bardzo przejął się rolą. Może chciał przerosnąć ojca wkładając całą swoją inwencję aktora i lektora w dziecięce krzyki, dąsania, kłótnie, które miejscami odbierałem bardzo nierealnie, nieautentycznie. Nie, nie! To tylko moje odczucie. Słychać w tym głosie wielką siłę, ogromne przyłożenie się do roli. Ale jakby to nazwać? Przeinterpretowanie? Wierzę jednak, że wielu słuchaczom może to przypaść do gustu, nie razić, a wręcz wzbogacać czytaną książkę. Jednakże ja jestem zwolennikiem łagodnej interpretacji, która pozostawia słuchaczowi wiele do własnej wyobraźni. Czyli, jakbym czytał książkę, a nie oglądał film… A może to po prostu kompleks czytelnika? Odczucia wytrawnego, doświadczonego słuchacza, wielbiciela audiobooków od lat mogą być przecież całkiem inne. Stąd też nie zastanawiajmy się, proszę, nad wyższością lektora Jerzego Stuhra nad lektorem Maciejem Stuhrem. Gwoli formalności: Obaj Stuhrowie podzielili się po połowie każdego tomu. Z tym, że pierwszy zaczyna Jerzy Stuhr, drugi Maciej.
„Mikołajki” zacząłem czytać, gdy miałem jakieś 13 lat. Pamiętam, że wspólnie z kolegami ze szkoły, a później sąsiadem, równie zafascynowanym, zauroczonym tymi opowiadaniami, wymienialiśmy się kolejnymi tomami, najpierw zdobywanymi w bibliotece, potem już kupowanymi. Bo na przestrzeni kilku lat, w okolicach połowy lat 80., miałem skompletowane już wszystkie tomy. To były książki, które pozwalały się oderwać od powieści przygodowych, pirackich, indiańskich i tym podobnych, które zaprzątały głowę dziesięcio-kilkunastolatka. Potem pozwoliły na odsunięcie na bok polskich komiksów. Z „Mikołajków” cytowało się powiedzonka, zdania, frazy. Opowiadaliśmy sobie co lepsze, co śmieszniejsze fragmenty, żeby ich nie zapomnieć i zwrócić uwagę sobie nawzajem na niechcący pominięte. To książki, które czytało się nad talerzem z obiadem tuż po szkole, wystawiając się na karcenie przez matkę. Sądziłem, że te czasy już nie wrócą. Do przygód Mikołajka wracałem potem wielokrotnie. Czasami brałem z półki któryś tom i czytałem parę rozdziałów, jakieś fragmenty. Dla poprawienia humoru, dla przypomnienia, dla uśmiechu, dla powrotu do dzieciństwa. Dlatego, żeby z żoną wymieniać się zapamiętanymi dykteryjkami na temat ojca Mikołajka, Buni, czy Kleofasa, ale z niego głupek! Jakiś czas temu zacząłem czytać Mikołajki kilkuletniej córce. Doszło do tego, że już sama prosiła, żeby przed snem poczytać jej któryś z tomów i sama wybierała który. Żona także nie mogła się dłużej opierać i czytała. Nie wiadomo, czy bardziej córce, czy sobie? Już zdążyłem się przyzwyczaić, że będziemy wspólnie tylko wracać do tych tomów ze zniszczonymi okładkami, aż tu nagle po dwudziestu latach Nowe przygody Mikołajka! Dwa razy po kilkadziesiąt opowiadań. I natychmiast audiobooki! I w takim wykonaniu! Sprawiło mi to niewiarygodną radość! Nie wiedziałem, nie przypuszczałem, że ukaże się tom drugi. A niedawno Nieznane przygody Mikołajka. Teraz czekam na formę słuchaną.
Oba tomy wydane, powtórzę, genialnie! Równie w formie książkowej co audiobookowej, bo przecież audiobook zawiera wszystko, co i książki. W pierwszym tomie to wstęp córki Goscinny’ego – Anne, która mówi o uczuciach i więzach, przyjaźni autorów, będących chyba podstawą dla stworzenia tych opowiadań.
Tak jak i większość pozostałych tomów z przygodami Mikołajka te przełożyła Barbara Grzegorzewska, więc mamy ciągłość języka, bez niespodzianek, te same imiona, pseudonimy, zdrobnienia, ten sam styl.
Przygody Mikołajka dotyczą przełomu lat 50. i 60. ubiegłego wieku, jeszcze sprzed epoki „powszechnych telewizorów i lodówek”. Jednak, nie wiem dlaczego, nigdy to mnie nie raziło. Opowiadania są takie rześkie, jakby opowiadały o czasach teraźniejszych. Być może dlatego, że skupiają się przede wszystkim na relacjach międzyludzkich. Lodówka, samochód są na dalszym planie. Służą tylko jako rekwizyty do pokazania śmiesznych stosunków rodzinnych i sąsiedzkich. A tych mamy co niemiara. Goscinny wyciąga te relacje na światło dzienne z ogromną swobodą. Trochę ironicznie pokazuje jaki jest standardowy tata, który pracuje w biurze, a po pracy chce w spokoju usiąść w fotelu z gazetą, jednak tego spokoju nie może mu zapewnić Mikołajek, którego wszędzie pełno; jaka jest mama, ciągle przebywająca w swoim kuchennym królestwie, dla której najważniejszą rzeczą w życiu jest przygotowywanie posiłków dla swoich panów. Na tych kontrastach doprawianych prześmiesznymi szczegółami rodzą się przezabawne sytuacje. Ale to nie wszystko. Na zasadzie przeciwieństw konstruowana jest relacja, ba! wojna społeczna i rodzinna! między sąsiadami, pracownikiem i szefem, teściową i zięciem. Przecież mamy Bunię, mamę mamy Mikołajka. I wydawałoby się nic nowego: z dość chłodnych stosunków między zięciem i teściową autor wyciąga złośliwe dialogi, komentarze, bardziej rozumiane i doceniane przez dorosłych czytelników niż dzieci. Mamy pana Blédurta (z żoną, chociaż to nie ona jest „główną atrakcją” wzajemnych stosunków obu rodzin), państwa Courteplaque – nowych sąsiadów z córką Jadwinią, o której Mikołajek mówi, że nie jest tak fajna jak chłopaki, ale się z nią ożeni, jest szef taty Mikołajka – pan Moucheboume. Sytuacje z udziałem tych postaci są przezabawne. Dlaczego? Bo widzimy w nich samych siebie, naszych sąsiadów, naszą rodzinę, nasz stosunek do szefostwa. Wszędzie mnóstwo złośliwości i kpin. Od wspólnej zabawy przez obrażanie się, po pomoc i wścibskość. Bo autorzy przypisali każdej z postaci, która pojawia się w zbiorach opowiadań wielokrotnie, która tworzy owe Mikołajkowe środowisko naturalne, właściwe cechy. A te cechy właśnie dają słuchaczowi możliwość i komfort zadomowienia się w stworzonym środowisku, uśmiechu już na sam dźwięk imienia, nazwiska postaci, nawet po usłyszeniu już kilku słów, które zapowiadają uczestnictwo osoby w jakimś zdarzeniu, towarzyszeniu Mikołajkowi. Samo życie!
Wszystko to, co napisałem, jest widziane z punktu widzenia dorosłego czytelnika. Zauważcie na czym się skupiłem. Rodzina, sąsiedzi, toczona od wieków wojna między teściową a zięciem. Czyżbym po ponad dwudziestu latach nie potrafił spojrzeć do tyłu? Czyżbym się stał taki jak tata Mikołaja? Czyżby nie bawiły mnie szkolne historie? Szaleństwa na przerwach? Zabawy na boisku szkolnym? Wzajemne odwiedziny w domach szkolnych kolegów? Oczywiście, że nie! Stosunku między dorosłymi to dokładna kopia stosunków między małymi kolegami. A może i odwrotnie? Podobne cechy, wyraziste, powtarzalne prawie, co opowiadanie, posiadają najbliżsi koledzy Mikołaja: Alcest, ten, co bez przerwy je, Kleofas, Ananiasz, pupilek naszej pani, Joachim, Rufus, którego tata jest policjantem, Maksencjusz o długich nogach z wystającymi brudnymi zawsze kolanami, Euzebiusz, lubiący dawać fangi w nos, Gotfryd, który ma bardzo bogatego tatę. Oni się kłócą, popychają, biją, jeżdżą na szkolne wycieczki, zostają w szkole po lekcjach, przychodzą do szkoły w wolny dzień za karę, ściągają, uwielbiają swoją panią, nazywają swojego opiekuna Rosołem. To im konfiskowane są zabawki przynoszone do szkoły pomimo zakazów. To oni wybierają się na pusty plac pełen desek i cegieł. Historie z nimi związane wzbudzają tak ogromny śmiech, że należy zakazywać ich czytania przy jedzeniu, bo grozi to zakrztuszeniem i pluciem okruchami, jak w przypadku Alcesta, tego, co ciągle ma od masła tłuste ręce.
Jest jeszcze coś, na co do tej pory nie zwróciłem uwagi. Goscinny dał nam bardzo szeroki obraz powojennej, małomiasteczkowej Francji. Zwyczajów prowincji z drobnymi sklepikarzami, powstającymi domami towarowymi, dorabianiem się mieszczaństwa, wyjazdów na wieś, ulicznymi lodziarzami, policjantami pilnującymi porządku na ulicach, wesołymi miasteczkami… Pokazał szkołę jeszcze nie koedukacyjną, z czwartkiem jako dniem wolnym od nauki…
Zatem, Dorośli Czytelnicy, obejrzyjcie się za siebie i poszukajcie w swojej pamięci postaci ze szkoły i podwórka. Tacy byliśmy. Bez wątpienia. Te same zabawy, te same kłótnie, te same powiedzonka, przyzwyczajenia. Tak samo zachowywaliśmy się w ławkach i na przerwach w szkole podstawowej. Ileż postaci wymyślonych przez Goscinnego i narysowanych przez Sempégo krążyło wokoło nas! Zatem autorzy wyłącznie pokazali rzeczywistość? Więc dlaczego to nas tak śmieszy? Przeglądamy się w zwierciadle i wychodzi to nam na zdrowie. Terapia?
Trudno streszczać lub recenzować wszystkie opowiadania z tych tomów. Wiele rzeczy jest powtarzalnych. Oczywiście koledzy Mikołaja, zachowania ich i rodziców. Przez tę powtarzalność Goscinny buduje humor, który nie nudzi. Przecież można ciągle słuchać czy czytać: “Rosół. To nasz opiekun, nazywamy go tak, bo wciąż mówi: <Spójrzcie mi w oczy>, a na rosole są oka”. Przedstawianie tych samych postaci z tomu na tom jest zabawne, nie nudne: że Alcest ciągle je, że Gotfryd ma bardzo bogatego tatę, że tata Rufusa jest policjantem, że Ananiasz nosi okulary i przez to nie można go bić i tak dalej. Ale powtórzenia z tomu na tom, z opowiadania na opowiadanie mają przecież nową scenerię. Pisarz przenosi nas do fryzjera, do dentysty, do lasu, do domu towarowego, do pociągu, do fabryki czekolady, nawet na wieś do Buni. I do wielu, wielu innych miejsc, w których jednak bohaterem jest zawsze Mikołajek, opisujący z jednej strony szaleństwa swoich kolegów, a z drugiej dostrzegający swoim dziecięcym wzrokiem śmieszne zachowania i pozy dorosłych…
Artykuł pochodzi z serwisu Libertas.pl. Autorem artykułu jest Jerzy Lengauer. Recenzja powstała przy współpracy z portalem www.info.audiobook.pl. Polecamy zakup audiobooków w sklepie internetowym z audiobookami Nexto.pl.
Czy Amazon Kindle jest rzeczywiście cool?
Kindle, czyli czytnik ebooków wyprodukowany przez największy sklep internetowy na świecie Amazon.com nie jest bezpośrednio związany z rynkiem audiobooków. Jednak ze względu na kilka jego funkcji np. text to speech, czy możliwość słuchania na nim audiobooków postanowiłem zamieścić na blogu recenzję. Każda inicjatywa, która wzmacnia zainteresowanie cyfrowymi (w tym cyfrowymi audiobookami) jest dla nas (czyli fanów audiobooków) bardzo ważna.
Czytnik Kindle 2 kupiłem około 2 miesiące temu. Z jednej strony był to mój obowiązek, jako osoby prowadzącej sklep internetowy z ebookami, z drugiej była to ciekawość. Ciekawość tym silniejsza, iż biznes całej mojej rodziny opiera się na dobrym starym druku offsetowym (prowadzimy sporą drukarnię offsetową pod Warszawą).
O czytniku Kindlu słyszałem już wcześniej z wielu artykułów prasowych, z radia, z telewizji. Podobnie jednak, jak dziennikarze na co dzień opisujący e-papier nigdy nie miałem go w ręku. Tym bardziej jestem szczęśliwy, że mogę się podzielić czytelnikami moimi wrażeniami, jako jeden z pierwszych nabywców e-papieru z prawdziwego zdarzenia.
Zakup: zakup Kindle’a jest niezwykle prosty. Wystarczy wejść na stronę sklepu Amazon.com, który jest wyłącznym sprzedawcą tego urządzenia. Do zakupu potrzebujemy zarejestrowanego konta oraz aktywnej karty kredytowej. Koszt zakupu Kindle na rynek międzynarodowy to $ 365,98 USD. Kindle podczas zakupu stosuje sprytny „trick” marketingowy na korzyść Klienta. Otóż w kilka dni po zakupie oddaje klientowi $20 USD, jako rzekomą obniżkę jego ceny. Obiektywnie patrząc miła niespodzianka, która wpływa na bardzo pozytywny odbiór Kindle – zanim do nas dotrze. W cenę Kindle wchodzą już wszelkie opłaty celne i wysyłka (wygodne).
Odbiór towaru: Kindle nie dociera do nas w designerskim opakowaniu. Samo opakowanie jest bardzo zwykłe, zdaje się przygotowane z makulaturowego papieru. Ma to podkreślać jego ekologiczność. Dodatkowo, co bardzo ważne zwłaszcza dla osób nietechnicznych to to, że Kindle dociera do nas od razu zarejestrowany na nasze dane, podłączony do naszego konta na Amazon.com (także z kartą kredytową). Dostajemy więc urządzenie typu plug&play, czyli gotowe do użycia zaraz po wyjęciu z pudełka. Bardzo dobre rozwiązanie, jeżeli chce się, aby urządzenie przyjęło się na rynku głównym i nie zostało zaklasyfikowane, jako coś co jest tylko dla gadżeciaży lub geeków komputerowych. W tym wypadku możemy być całkiem spokojni. Nawet starsi ludzie (sprzed ery cyfrowej) powinni sobie poradzić. Jedyną wada jest amerykańska wtyczka do ładowarki (trzeba wyposażyć się w polską przejściówkę).
Korzystanie z Kindle: produkty, które po pierwszym wyjęciu z pudełka powodują, że klient krzyczy „wow”, są tymi produktami, które maja szansę przyjąć się na rynku na dobre. Taki jest też Kindle. Wrażenie nie robi jednak sam czytnik co szybkość dokonywania na nim zakupów bezpośrednio w sklepie Amazon.com oraz sama procedura pobieranie książek. Czytnik został wyposażony w bezprzewodowe łącze 3G (wbudowana karta). Łącze nazywa się Amazon Whispernet i daje nam możliwość szybkiego, bezprzewodowego kupowania książek bez względu na to, w którym jesteśmy miejscu (byle by był dostęp do byle jakiej sieci 3G). Kupowanie i pobieranie książek jest bezpłatne. Wszystko działa w tzw. roamingu, wobec czego sam Amazon nie musiał podpisywać umów z operatorami, w każdym z krajów do którego eksportuje czytniki, ale wystarczyła umowa z dużym operatorem w USA. Kupowanie i dostęp do książki nie był jeszcze nigdy tak szybki – 30 sek zakup – 1-2 minuty pobranie. To jest naprawdę „wow”.
Opinia na temat czytników: jest kilka czynników, które powodują, że Kindle przyjmuje się na rynku. Nie jest to bynajmniej sam czytnik, których podobnej jakości (wygląd i funkcjonalności) jest sporo już na rynku. Tak, naprawdę sukces (czyli ogromna sprzedaż czytników i zwiększenie sprzedaży książek) wywołany jest przez zbliżenie książki (jako tekstu oderwanego od formy papierowej) do czytelnika. Prosta zasada: kupuję kiedy chcę, czytam kiedy chcę i jak chcę (Amazon nazywa tą zasadę: „Books in under 60 seconds”). Osobiście w ciągu niespełna miesiąca dokonałem zakupów książek na większą kwotę niż przez poprzednie pół roku. To chyba o czymś świadczy.
Sam jednak sukces rynkowy nie byłby możliwy, gdyby nie ogromne portfolio tytułów dostępnych na Amazon.com w wersji elektronicznej. Jeżeli chodzi o same czytniki, to prawdopodobnie w Polsce pojawi się w najbliższej przyszłości sporo ciekawych rozwiązań. Patrząc jednak z perspektywy moich doświadczeń w rozmowach z wydawnictwami (od strony ilości tytułów dostępnych w wersji elektronicznej na rynku) trzeba będzie jeszcze poczekać kilka lat, aż cos się zmieni w tej kwestii.
Mam tylko szczera nadzieję, że wydawcy książkowi nie prześpią swojej okazji i nie znajda się z przysłowiową ręką w nocniku, na wzór koncernów prasowych. W przypadku prasy, jeszcze kilka lat temu wydawało się, że mamy boom, są wzrosty, mają władzę. Tymczasem kryzys znacznie przyspieszył pewne procesy i obecnie prasa znajduje się defensywie. Książki broni jednak to, że jej treść istnieje od kilku tysięcy lat. Zmienia się tylko forma jest dostarczania do czytelnika. Muszą o tym pamiętać wydawnictwa z sukcesem operujące na rynku w tej chwili. Nic nie jest dane na wieki. Tym bardziej, że czasy mamy takie, że świat się zmienia w szalonym tempie.
Bon rabatowy dla Klientów Nexto.pl
Tylko do 03.01.2010 wszystkie audiobooki z oferty Nexto.pl można nabyć 20% taniej. Wystarczy wykorzystać ten kod: audiobookoMGoA.
Jeżeli akurat Tobie, Drogi Czytelniku, nie przy da się w najbliższym czasie powyższy kod wyślij swoim znajomym elegancki bon w formacie .JPG.
Wystarczy pobrać bon z tego miejsca i dodać go jako załącznik do maila, opublikować na swoim profilu w dowolnym serwisie społecznościowym. 20% zniżki to dużo i taka okazja nie zdarza się codziennie.
“Pachnidło” – recenzja audiobooka w interpretacji Tomasza Traczyńskiego
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Nie wierzę w dobre intencje Patricka Süskinda. Nie wierzę po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci… Omamia od samego początku, od pierwszych słów powieści. Bawi się mną, bawi się historią. Oszukuje. Dlaczego? Ale o tym za chwilę.
Nie miałem szczęścia znać Süskinda wcześniej. Pierwszy raz usłyszałem o nim, gdy zekranizowano powieść, w gazetach pojawiły się recenzje filmu, na afiszach, które zapełniły chodniki i szklane tablice przed kinami przyciągała nas piękność o krwistoczerwonych ustach i włosach, z odsłoniętym dekoltem. Niezwykle współgrająca z tytułem. Pachnidło… Czyż to nie perfumy, nie Paryż, nie Francja, nie dama… I do tego ta róża w opadającej dłoni. Ale róża nie czerwona, nie symbol miłości, tylko blada, bladoróżowa, może zbyt biała, symbolizująca dziewictwo, śmierć… Kiedyś jedna z moich przyjaciółek rzekła, że okładka to drzwi książki. Wówczas nie wiedziałem, że plakat filmowy jest odzwierciedleniem okładki „Pachnidła” wydanego po polsku. I nie zwróciłem uwagi na film. Może pomyślałem, sugerując się trochę podtytułem „Historia pewnego mordercy”, że to na poły melodramat, na poły kryminał, nie zastanawiając się, w jakich czasach dzieje się fabuła. Ktoś zwrócił mi uwagę, że powinienem przeczytać „Pachnidło”. Pytaniem: „Nie znasz Süskinda?” rozwiał rozterki. Ten sam człowiek, który parę miesięcy później podsunął mi pod nos „Gołębia” i „Kontrabasistę” tego autora. Ach! Gdybym wcześniej znał te „jednoaktówki”! Wówczas rzuciłbym się na film i na książkę. Ale wyszło dobrze. Nie musiałem długo szukać. W witrynach księgarń nadal królowała uśpiona śmiercią dziewica. I… wyobraźcie sobie, co za szczęście, powieść towarzyszyła mi w Paryżu! Czytać „Pachnidło” w paryskim metrze! Nie każdemu to się zdarza. Fascynacja miastem, smakowanie powieści, mając za tło siedemnastowieczne kamienice, brzegi Sekwany, gdzie ponad dwieście lat temu królował targ rybny, mosty, z których jeden stał się trumną wielce szanownego mistrza perfumeryjnego Giuseppe Baldiniego! I może dlatego nie smakowałem powieści, nie zastanawiałem się nad każdym rozdziałem, akapitem, zdaniem. A dałem się wciągnąć w atmosferę, ponieść emocjom. Powtarzam, wyszło dobrze. Książka mnie zafascynowała. Zawładnęła mną. I owymi emocjami, fascynacjami, prawie, że na „gorąco”, podzieliłem się z Czytelnikami we wcześniejszej recenzji. Potem był film. Nieco rozczarowujący. Czemu? Przede wszystkim bohater. Wyobraźnia narzuciła mi postać szkaradną, okropną, brzydką. Powłóczący nogą garbus, pokurcz Grenouille. W adaptacji był po prostu przystojny… Nie pasował do ohydztwa które Süskind zafundował na kartach książki. Nie pasował do brudu, smrodu, szaleństwa. Może oczy… Ale cóż oczy! Nie był to pies który węszy, który staje na dwóch łapach i wyłapuje nosem zapachy, którymi tylko i wyłącznie rozpoznaje świat! Takiego Jana Baptystę Grenouille’a, genialnego i odrażającego człowieka, odnalazłem na powrót w interpretacji Tomasza Traczyńskiego. Tak, z ogromną przyjemnością wysłuchałem kolejnej „wersji” „Pachnidła”. Tym razem w formie audiobooka. Och, tak, aktor przede wszystkim teatralny, Tomasz Traczyński dopełnił trylogii „Pachnidła”. Książka, film, słuchana książka. Ten głos który towarzyszył mi przez parę dni, w sumie przez ponad 10 godzin, wydobył to, co najpiękniejsze z powieści. Zwrócił uwagę na to, czego wcześniej nie dostrzegłem, a co może gdzieś tam dobijało się do mych myśli, ale nie zostało sprecyzowane, może się zatarło. Ten, momentami tylko monotonny, głos, wyrywał co kilka zdań słuchacza z jednostajności, każąc wręcz rozmyślać nad zmieniającym się nurtem historii pewnego mordercy.
To właśnie wsłuchując się w głos Tomasza Traczyńskiego zacząłem zwracać uwagę na fragmenty powieści które rozpostarły przed mną całkiem inną jej panoramę. Po tym nieco przydługim prologu chcę skupić się zatem na przepięknym oszustwie Süskinda. Dlaczego piszę, że przepięknym? Bo interpretując fabułę w ten sposób odkrywam jej wielowarstwowość. Choćby początek w którym autor zapowiada powieść historyczną, opowieść o zapomnianej postaci, ale równej Napoleonowi, markizowi de Sade, Saint-Justowi, Fouché’owi, i natrętnie podsuwając czytelnikowi kolejne postacie już niezwiązane z oświeconą Francją, bo Hitlerem, Stalinem, i mnóstwem legendarnych seryjnych morderców z Kubą Rozpruwaczem na czele. W niezłym towarzystwie stawia swojego Grenouille’a, któremu przyporządkowuje oprócz miejsca w panteonie genialnych potworów, także mityczne atrybuty, ale odpowiednio skonstruowane. Czytelnik słuchając wypowiadanych przez Traczyńskiego z naciskiem słów prawie widzi jakiegoś mitycznego potwora, który pojawia się na XVII-wiecznym świecie jako emanacja zła, stworzona przez nie Boga przecież, a jakiegoś strasznego Demiurga, który z demonicznym rechotem sprowadza na Paryż najgorsze nieszczęście tych czasów, nie wypełzające z puszki Pandory, ale otwierające wieko z trzaskiem. Bo te narodziny w najobrzydliwszym miejscu Paryża, pośród niewiarygodnego smrodu, biedy, pijaństwa, zatracenia moralności, ba! najzwyklejszych ludzkich uczuć, to jak perwersyjna, piekielna i złośliwa wersja „Narodzin Wenus”.
Oszustwo tak wstrętne jak sam Grenouille i jak miejsce, gdzie pojawił się na świecie. Tak wstrętne jak poczęcie pośród rybich odpadów i jak bezduszność matki, która zostawia niemowlę na pewną śmierć. Czy tutaj narodził się potwór? Czy to ta chwila urodzin i pierwszy kontakt z rzeczywistością predestynuje Jana Baptystę do roli, którą spełni w życiu? Jeżeli tak pomyślisz, Drogi Czytelniku, to pochylisz głowę nad nieszczęściem i będziesz przez chwilę współczuł egzystencji paryskiego plebsu. Nie rób tego! Dasz się porwać i omamić autorowi. Ale wierząc w szatańskie namaszczenie też jesteś omamiony teorią o pojawianiu się na świecie potworów, których jedynym celem jest unieszczęśliwienie ludzkości.
Więc wiesz już, Czytelniku, że nie będzie to elegancki kryminał, gdzie główną rolę odegra morderca ubrany w koszulę z koronkami, a ofiarami nie będą damy o krwistoczerwonych ustach, zabijane delikatnym pchnięciem sztyletu. Nie będzie to kryminał, gdzie wśród zapachu najdroższych perfum Paryża przystojny osiemnastowieczny detektyw zapobiegnie śmierci jednej z ofiar, a wszystko skończy się długim pocałunkiem na ostatniej stronie… Bo to oszustwo. Bo zamiast owego pałacowego kryminału i kilkusetstronicowego odkrywania mordercy mamy błoto i smród. Mamy potwora, którego słowo za słowem, krok po kroku poznajemy od podszewki. Momentami się z nim utożsamiamy, współczujemy. Widzimy nędzę żywota i jesteśmy pewni, że to absolutny outsider, który prawie… nie istnieje. Bo jak może istnieć ktoś, kto nie ma zapachu i stąd jest dla innych niepozorny, niewidoczny. Ktoś, przy kim wszyscy czują się, co najmniej nieswojo. Ktoś, kto na tym zyskuje. Ktoś, kto dzięki temu potrafi przetrwać, przeżyć bez towarzyszy dziecięcych zabaw, bez młodzieńczych uniesień, bez przyjaźni zawodowych. Mając tylko jeden cel i jeden atrybut. Posiadać zapach. Węszyć doskonale.
Grenouille dzięki owej nierozpoznawalności przemyka przez świat od wczesnego dzieciństwa. Ta swoista bariera niechęci i strachu pozwala mu raz nie zwracać na siebie uwagi, innym razem z ulgą kończyć z nim znajomość. Süskind opisując historię mordercy, jego dążenie do celu, kolejne „prace”, które niechybnie czytelnik skojarzy z konstrukcją baśni czy starożytnego mitu, okrasza ją nader wyrazistymi widokami najpierw plebejskiego Paryża z jego sierocińcami, przytułkami, garbarskimi warsztatami, do czego dorzuca nazwy ulic, placów, mostów. Potem, jakby awansując bohatera w jego drodze ku przeznaczeniu, opisuje życie zawodowe wielkich paryskich perfumiarzy, z ich rozterkami, oszustwami, warsztatem zawodowym, stylem pracy, dodając do tego rys historyczny na temat ówczesnej ekonomii i kultury. I znowu mami czytelnika. Najpierw dając popis Dickensowskiego stylu, prawie że porównując Paryż do Londynu, a Grenouille’a do skrzywdzonych sierot, następnie sugerując autentyczność wymyślonych przez siebie postaci. Oczywiście daje to niezwykłą przyjemność i czytania, i słuchania. Nawet słuchania bardziej, bo Tomasz Traczyński to raz waży głos, innym razem przyśpiesza, albo odpowiednio akcentuje wskazując na nerwowość zachowań na przykład Baldiniego, czy też szybkość bądź ważkość akcji. To przyjemne, ale tak czy inaczej pisarskie zwodzenie. Za chwilę czytelnik musi wrócić do obserwowania swoistej pielgrzymki Grenouille’a, której celem jest świątynia zapachu. A on uwija się jak w ukropie. Zdobywa wszystko, co przybliża go w jego mniemaniu do osiągnięcia celu, przystając na chwilę napotkawszy zapach dotąd nieznany, a który ukierunkuje jego zachowania na dalszą część życia, zatrzymując się w warsztacie perfumeryjnym mistrza Baldiniego, oraz mistycznie się przepoczwarzając na wzór pielgrzyma-pustelnika w jaskini Owernii. Owe przystanki to cezury jego życia. Stamtąd wychodzi doskonalszy. Tam wszędzie rodzi się morderca. Morderca piekielnie doskonały, którego nic nie interesuje. Nie nęcą go pieniądze, kosztowności, zaszczyty, własny warsztat perfumeryjny. Świat doczesny go nie interesuje. Ludzie go nie interesują. Wszystko to, co go otacza, co przypadkiem jest w jego zasięgu, jest albo pomocne i wykorzystywane przez niego, albo odrzucane jako kompletnie bezwartościowe. I jak nie porównać Jana Baptysty do mesjasza, szaleńca?
A Süskind oszukuje nadal. Zwodzony czytelnik już, już widzi koniec powieści, gdy autor zaskakuje kolejną wizją świata i ludzi. Gdy przez wiele stron przygotowuje nas na zakończenie w postaci dobrze spełnionego morderczego dzieła, bądź szlachetnego ukarania zbrodni, nagle widzimy eksplozję już nie tylko Grenouille’owego szaleństwa. Nie! To szaleństwo ludzkości. Czy czytelnik dopatrzy się w tym ironii na temat manipulowania widownią, ogólnie społeczeństwem? Może to kpina z public relations? A może w jakimś stopniu to wadzenie się z Bogiem, religią? Może aluzja do francuskiego Oświecenia? Tyle, że jaka?
A gdy jesteśmy pod wrażeniem rozpostartych, prawie na podobieństwo skrzydeł jakiegoś starożytnego boga, ramion Grenouille’a, emanacji boskości i ukontentowania tak wielkim zwycięstwem, jakie może być tylko dane bogom, bohater znowu znajduje się na szlaku i czytelnik widzi już tylko jego plecy w kurzu drogi i podskakujący tobołek… Czy tak odchodzą bogowie? Och, nie! Jan Baptysta nigdy by sobie na to nie pozwolił. W szalonym umyśle, zaprogramowanym przez piekielne moce tli się ludzka myśl. Czy wszystko to, co spotkało go do tej pory, miałoby go tylko postawić na królewskim, papieskim, czy boskim piedestale? Czy nie chodzi o to, że ten pokurcz, garbus okrężną drogą chciał być jedynie człowiekiem? Czyż nie jest właśnie rzeczą ludzką zdobyć wszystko i runąć? Runąć w niebyt?
Artykuł pochodzi z serwisu Libertas.pl. Autorem artykułu jest Jerzy Lengauer. Książka audio mp3 znajduje się w ofercie sklepu Nexto.pl. Można ją kupić w tym miejscu.
Język angielski dla początkujących – recenzja audiokursu

Podróże kształcą. Tylko trzeba potrafić się "dogadać"...
Chyba nikogo nie trzeba przekonywać o tym, że jadąc za granicę warto znać języki obce. Ma się wtedy nieporównywalnie większą swobodę podróżowania, poznawania i nawiązywania ciekawych znajomości. Najlepiej byłoby znać język kraju do którego się wybieramy. Ale co zrobić, jeśli podróżujemy w bardzo różne miejsca? Dochodzi jeszcze kwestia finansowa, kursy językowe są drogie, rocznie to wydatek ponad tysiąca złotych, no i zajmują cenny czas. Czy da się to wszystko jakoś pogodzić?
Rozwiązaniem kompromisowym może być np. nauka języka angielskiego, który jest na tyle popularny, że w prawie każdym zakątku świata znajdziemy kogoś z kim uda nam się porozumieć. W dodatku jest językiem stosunkowo prostym, więc przy odrobinie zaangażowania, do czasu wyjazdu w wymarzoną podróż na koniec świata, powinniśmy sobie przyswoić jego podstawy. Zostaje jeszcze problem ceny i czasu.
Ostatnio coraz bardziej popularne stają się książki dźwiękowe, czyli tak zwane audiobooki (audio kursy). Przeglądając ofertę wydawniczą pewnej firmy natknąłem się na kilka różnych kursów językowych (audiokursów). Przyszło mi wtedy do głowy, że może to jest właśnie rozwiązanie dla wielu – takich jak ja – zabieganych ludzi, którzy odczuwają pewne swoje braki językowe, a z różnych powodów nie mogą skorzystać ze stałych lekcji.
Postanowiłem przetestować to rozwiązanie na własnej skórze, na początek wybrałem pakiet Język angielski dla początkujących zawierający: Słownictwo i podstawy gramatyki, 1000 słów i zwrotów w podróży oraz 1000 słów i zwrotów w pracy. Można go zakupić online za 42,30 zł. np. klikając w link: Język angielski dla początkujących.
Jak przystało na XXI wiek link do skompresowanej paczki w formacie .zip otrzymujemy pocztą elektroniczną, tak więc w zależności od prędkości łącza możemy cieszyć się z zakupu nawet już po paru minutach. Paczka zawiera trzy wymienione już wcześniej kursy, a w skład każdego wchodzi krótka instrukcja obsługi, podręcznik w formacie .pdf oraz oczywiście pliki dźwiękowe w formacie .mp3. Pierwszy mankament jaki dostrzegłem podczas rozpakowywania to to, że wydawca nie wziął pod uwagę, że klient może używać innego systemu niż Windows. W nazwach plików użyto polskich znaków diakrytycznych, które w różnych systemach są różnie kodowane, co jest pewną niedogodnością np. dla użytkowników Linuksa takich jak ja. Na szczęście nie uniemożliwia to korzystania z audiobooka.
Po wypakowaniu plików możemy odtwarzać lekcje na komputerze, skopiować je na odtwarzacz .mp3, a nawet nagrać na cd i odtwarzać w wieży. Podręczniki możemy wydrukować lub sięgać do nich tylko przy użyciu komputera. Już na pierwszy rzut oka widać niewątpliwą zaletę tego sposobu nauki. Tylko od nas zależy w jaki sposób i kiedy będziemy się uczyć, dzięki czemu możemy efektywniej wykorzystać czas łącząc niektóre czynności. Lekcje możemy powtarzać jadąc samochodem do pracy, autobusem na uczelnię, będąc na spacerze z dzieckiem, gotując obiad, a nawet relaksując się w wannie! Czy wasza szkoła językowa to potrafi:)?
W ramach eksperymentu nagrałem kurs na płytę i poprosiłem by moja dziewięcioletnia córka dwa razy dziennie odsłuchała sobie pierwszą lekcję. Kiedy po kilku dniach spytałem ją na wyrywki z tego materiału – prawie wszystko pamiętała. Powiedziała, że zabawa tak jej się spodobała, że słuchała nawet więcej niż pierwszą lekcję, którą jej zadałem. Myślę, że poświęcając na naukę zaledwie kilkanaście minut dziennie każdy jest w stanie bez większego wysiłku zapamiętać wszystkie wyrażenia. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by narzucić sobie większe tempo.
Ponieważ znam trochę angielski, pozwoliłem sobie na przesłuchanie od razu całości. Kurs składa się z dwunastu lekcji, średnio po siedem minut. Każda z nich zawiera zestaw słówek, jakieś zagadnienie z zakresu gramatyki i dialogi w których możemy sobie wszystko przećwiczyć. W pdfie znajdziemy zapis całej lekcji wraz z ujętą w tabelkę gramatyką. Jeśli to nasz pierwszy kontakt z angielskim, możemy wydrukować sobie materiał i leżąc w wannie powtarzać za lektorem, jednocześnie śledząc pisownię słówek. Jeśli natomiast traktujemy kurs jako pewnego rodzaju przypomnienie, to prawdopodobnie wystarczy nam powtarzanie za lektorem.
Oczywiście tylko od nas zależy tempo nauki. Jeśli na opanowanie materiału jednej lekcji damy sobie np. tydzień, to na 12 lekcji wystarczą nam zaledwie trzy miesiące! Oczywiście nie będziemy po tym czasie mówić biegle po angielsku, ale jeśli się przyłożymy, to poznamy podstawowe słowa i zwroty, będziemy umieli się przedstawić, powiedzieć coś o sobie, o swojej rodzinie, poprosić o pomoc, zamówić coś do jedzenia, a nawet powiedzieć kilka komplementów koleżance czy koledze.
Po przesłuchaniu pierwszej części pakietu, sięgnąłem po ten, nazwijmy go, dodatek dla podróżników. Są to całkiem oddzielne kursy połączone chyba tylko ze względów marketingowych, w konsekwencji część informacji się powtarza. Szkoda, że nie zostało to pomyślane jako komplet, ale nie dyskwalifikuje to kursu, który tym razem koncentruje się na słownictwie związanym z wyjazdami. Poza tym zawsze jest to okazja do powtórki.
Całość składa się z dwudziestu jeden lekcji. Tym razem są to tylko słówka i przydatne w różnych sytuacjach wyrażenia, a niezbędna gramatyka jest tylko w dołączonym pdfie. Z tej części nauczymy się podstawowych zwrotów, przydatnych podczas kupowania biletów, wizyty w banku, na poczcie, u lekarza, podczas szukania pracy, czy noclegu, zamawiania posiłku, a także poruszania się po obcym mieście.
To chyba idealne rozwiązanie dla osób, które w krótkim czasie muszą przygotować się do podróży. Po przyswojeniu tego materiału powinny poradzić sobie w najbardziej typowych sytuacjach. Niestety, dla osób które już trochę języka liznęły to nieco za mało. Te powinny sięgnąć po coś obszerniejszego.
1000 słów i zwrotów w pracy
Układ tej części jest identyczny do poprzedniej, tyle że tym razem wszystko kręci się wokół spraw zawodowych. W dziesięciu lekcjach poznamy najczęściej używane zwroty podczas szukania pracy i w pracy, a także trochę specjalistycznego słownictwa z zakresu medycyny, hotelarstwa, rolnictwa, czy budownictwa. Nigdy nie byłem w podobnej sytuacji, więc trudno mi oceniać trafność takiego, a nie innego wyboru zwrotów, ale nawet jeśli nie zamierzamy szukać pracy, to przecież każde słówko może się kiedyś przydać.
Podsumowanie
Nauka języków przy pomocy audiobooków takich jak ten ma wg mnie wiele zalet:
- elastyczność, łatwość dopasowania do swoich potrzeb, możliwości, a także wolnego czasu,
- przenośność, możemy zabrać swojego nauczyciela na spacer, do wanny, a nawet na koniec świata,
- cena, omawiany tutaj zestaw kosztuje zaledwie 43 zł, to tyle co mniej więcej dwie, trzy lekcje w szkole językowej, a kursu słuchać może cała rodzina!
Wada, chyba tylko jedyna:
- brak możliwości prowadzenia prawdziwej konwersacji, ale tę możemy sobie zapewnić zupełnie za darmo np. korzystając ze Skype’a, albo… wyjeżdżając za granicę
Wadą tego konkretnego pakietu jest to, że poszczególne części nie stanowią tak naprawdę całości. Można było też zadbać o jednolite nazewnictwo, ładną okładkę, a pakiet spakować raz, a nie każdy kurs oddzielnie, a później wszystko jeszcze raz. Ale w zasadzie poza tym trudno się do czegokolwiek przyczepić.
Dla kogo jest ten pakiet? Na pewno dla osób, które jeszcze żadnego kontaktu z angielskim nie miały, myślę, że w prosty i bezstresowy sposób nauczą się podstaw, które umożliwią im komunikację na podstawowym poziomie. Jest też dla tych, którzy gdzieś się z angielskim zetknęli, ale chcieliby sobie to wszystko usystematyzować i wyeliminować podstawowe błędy. Tym po prostu nauka przyjdzie jeszcze łatwiej. W końcu jest on nawet dla tych którzy mają spory zasób słów, bez trudu po angielsku czytają, bardzo dużo rozumieją ze słuchu, ale mają braki np. w gramatyce i bardzo rzadko okazję by coś mówić. Z książką poćwiczą wymowę i wiele często powtarzanych konstrukcji. Pozostali na pewno znajdą coś dla siebie w coraz bogatszej ofercie dostępnej w księgarniach. Pod spodem znajdziecie linki do kilku wybranych pozycji. Życzę owocnej nauki.
Recenzja audiokursu do nauki języka angielskiego została opublikowana na Libertas.pl (MIESIĘCZNIK LUDZI WOLNYCH). Autorem artykułu jest Witold Wieszczek.
Globisz i Peszek czytają audiobooki
Prezentujemy sylwetki dwóch wybitnych aktorów, czytających książki audio: Krzysztofa Globisza oraz Jana Peszka.
Osobiście mogę przyznać, że każda książka przez nich przeczytana jest inna, każda ma swój niepowtarzalny klimat. Do gustu przypadły mi zwłaszcza interpretacje Krzysztofa Globisza (z czasem stałem się jego wielkim fanem). W czasie ostatniego urlopu wysłuchałem jednego z ciekawszych audiobooków z oferty Nexto.pl – Callisto – Torstena Krolla właśnie w interpretacji Globisza. Polecam! Tam, gdzie trzeba być poważnym lektor jest poważny, czasami straszny. Tam, gdzie można się pośmiać – to trzeba przyznać Globiszowi – potrafi także rozśmieszyć do łez.
Krzysztof Globisz (zobacz audiobooki czytane przez Krzysztofa Globisza)
Polski aktor. W 1980 roku ukończył PWST w Krakowie i od razu zadebiutował na scenie teatralnej.Był aktorem Teatru Polskiego we Wrocławiu w latach 1980-1981, a następnie przeniósł się do krakowskiego Starego Teatru. Zaznaczył się wybitnymi kreacjami m.in. w “Życie snem” w reżyserii J. Jarockiego, czy też tytułową rolą w “Mizantropie” Moliera w reżyserii K. Nazara. Z ekranów telewizyjnych pamiętamy go z “Dantona”, “Crimen”, czy też z filmu p.t. “Krótki film o zabijaniu”. Krzysztof Globisz jest Wykładowcą krakowskiej PWST, dziekanem Wydziału Aktorskiego, od 2006 roku Członkiem Rady Programowej Fundacji Centrum Twórczości Narodowej.
Jan Peszek (zobacz audiobooki czytane przez Jana Peszka)
Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, reżyser teatralny i pedagog. W swoim dorobku ma role u najsłynniejszych polskich reżyserów teatralnych: Jerzego Krasowskiego, Kazimierza Dejmka, Mikołaja Grabowskiego, Jerzego Jarockiego, Krystiana Lupy, Michała Zadary czy Grzegorza Jarzyny. Laureat Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza – przyznawanej przez redakcję miesięcznika Teatr – za sezon 1986/1987, za rolę w Scenariuszu dla trzech aktorów Bogusława Schaeffera w Teatrze STU w Krakowie oraz za rolę Jakuba w przedstawieniu Republika marzeń Brunona Schulza w Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie.
Na ostatnich Targach książki w Krakowie odbyła się rozmowa z aktorami. Obejrzyjcie co mają do powiedzenia na temat czytania audiobooków:
A Wy kogo lubicie słuchać? Może jakieś rekomendacje ze strony czytelników bloga?
„Siddhartha” – Hermann Hesse – recenzja audiobooka
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.
Przyznaję: to moja pierwsza „słuchana” książka… Jak ze wszystkim, do czego ma się wątpliwości, wynikające z niewiedzy, braku doświadczenia, braku obeznania, i z tym był kłopot. Nie wierzyłem, że może zastąpić „zwykłą” książkę. I oczywiście nie zastąpiła. Ale… Właśnie, to „ale” jest bardzo miłym wspomnieniem z lat PRL-u, w którym się wychowałem i lat „przełomu”, gdy wchodziłem w dorosłe życie, szukając innych rzeczy niż tylko podwórko, szkoła, studia (potem praca), sprzątanie w domu. Raczkowały kasety z muzyką, CD nie było. „Prawdziwa” muzyka tylko w radiowej „Trójce”. No i w tejże „Trójce” czasami miłe głosy czytały powieści w odcinkach. Byłbym kłamcą gdybym napisał, że czekałem na te odcinki każdego dnia. Skłamałbym gdybym napisał, że pamiętam choćby jeden tytuł. Nie, nie! To nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że słuchanie z głośników jakiegokolwiek urządzenia odtwarzającego nagranie mp3 (jak czasy się zmieniły, a my wraz z nimi!), których przecież jest mnóstwo, sprawiło mi ogromną przyjemność i na dobrą chwilę przypomniało ile można mieć radości ze słuchania interesującego tekstu, opowiedzianego dobrym, potrafiącym omotać słuchacza, głosem. Przyjemność i radość, których się nie spodziewałem, a które kiedyś odczuwałem. Tak, tak, może przy audiobooku zadziałać wyobraźnia: książka towarzyszy przy prawie każdej okazji, gdy nie musimy szczególnie skupiać się umysłowo, mianowicie zmywając, prasując, jadąc samochodem, siedząc w pociągu, autobusie, tramwaju, w drodze do pracy i z pracy… Wystarczy tylko drobne urządzenie z napisem „mp3” i czarodziejska płyta…
Bez dwóch zdań, taki właśnie sympatyczny głos ma lektor i aktor Zbigniew Moskal. Nie oglądam telewizji, a pan Moskal jest chyba przede wszystkim aktorem telewizyjnym. Ale to nie jest absolutnie ważne. Bo wagę przywiązać należy do brzmienia jego głosu. A przy czytaniu „Siddharthy” Hesse’go sprawdził się znakomicie. Łagodny, bardzo wyraźny głos, jest świetny jak na narratora, ale jakże pięknie prezentuje słuchaczowi wypowiedzi bohaterów książki: Siddharthy, Gowindy czy Wasudewy, którzy z racji swoich charakterów i postaw wypowiadają się łagodnie i spokojnie. Czasami lektor nadaje swojemu głosowi więcej nut basowych, co od razu przywołuje jego postać ze zdjęcia na okładce audiobooka.
Taki głos mógł adeptów szukania wyzwolenia z samsary prowadzić do nauki prawidłowego wypowiadania świętej głoski OM. Taki głos mógł zadawać buddyjskie koany. I taki głos odczytuje słowa napisane przez Hermanna Hesse’ego przed prawie stu laty. Bo już w tytule, a następnie w, ujmijmy to w ten sposób, prologu do części pierwszej, Hesse nazywa powieść „poematem indyjskim”, dedykując jego część pierwszą „drogiemu, czcigodnemu Przyjacielowi” Romainowi Rollandowi, pisarzowi, pacyfiście, obrońcy praw człowieka w ramach współpracy między narodami Europy (drugą część dedykuje swojemu kuzynowi Wilhelmowi Gundertowi), i tłumacząc, że pisał ją już w 1914 roku.
Dlaczego autor nazwał „Siddharthę” poematem indyjskim? Nie jest to przecież utwór poetycki o okazałych rozmiarach. To bardzo krótka powieść czytana przez lektora przez nieco ponad cztery godziny, napisana w 12 rozdziałach, licząca około 120 stron. Oczywiście można przyznać, że jest to poemat napisany prozą, niepoddany rygorom sztuki wierszowanej, ale będący refleksyjny i nacechowany wypowiedziami poetyckimi. Być może Hesse był wówczas pod wpływem starożytnej literatury indyjskiej, a szerzej – fascynacji kulturą Dalekiego Wschodu, po podróży na Wschód, którą odbył w 1911 roku? Dlatego powieści nadał taki a nie inny podtytuł. Być może wzorował się trochę na poemacie o życiu Siddharthy-Buddy, luźno swój utwór w warstwie narracyjnej na nim opierając, a raczej biorąc za podstawy swojej powieści opisane w nim życie Gautamy.
Pewnie Hesse z całą literacką perfidią nadał swojemu bohaterowi imię Siddharthy. Pewnie już w pierwszej połowie ubiegłego wieku każdy szanujący się czytelnik interesujący się historią religii, Wschodem, czy buddyzmem wiedział, że to imię indyjskiego księcia z klanu Siakjów, który około 500 lat przed Chrystusem doznał Oświecenia, wyrywając się z zaklętego kręgu narodzin i śmierci. Czy to metafora skierowana do ówczesnego społeczeństwa nakierowanego na zdobywanie kapitału i dążącego do wojny, żeby rozszerzać granice dla niepohamowanego konsumpcjonizmu? Być może. A może też to wielka pisarska wizja autora, który przewidział rozwój cywilizacji i widząc jej niedaleki duchowy upadek postanowił przypomnieć Europie o innych drogach prowadzących do rozwoju człowieka? W każdym razie wprowadzając do utworu wątki poetyckie i baśniowe stworzył niewielką w objętości, ale wielką w przesłaniu powieść na pozór filozoficzną, ale zawierającą nauki dla współczesnego autorowi czytelnika, jak i aktualną w XXI wieku.
Mógłby czytelnik-słuchacz powiedzieć, cóż za nudna powieść! Cóż za filozoficzne nużące wywody! Nie i jeszcze raz nie! Spróbujmy zrozumieć wschodni spokój i łagodność dając się ponieść atmosferze bambusowych gajów, mijając pośród nich mnichów w pomarańczowych szatach. Przypomnijmy sobie czytane w dzieciństwie baśnie. Przypomnijmy sobie z trudem rozumiane wówczas metafory, przenośnie, morały. Co do nich prowadziło? Dlaczego bajka potrafiła nas wciągnąć? Słuchacz „Siddharthy” powinien zadać sobie takie pytania, bo konstrukcja utworu przypomina bajkę. Bajkę wschodnią. Hesse każe swojemu bohaterowi – młodemu adeptowi braminizmu, tak jak Siddharcie-Buddzie wyruszyć w drogę, którą znaczą rozstaje, na których bohater-wędrowiec dokonuje wyborów, które zmieniają nie dość, że jego życie, ale tym samym scenę, opowieści, tudzież wprowadzają na nią nowych aktorów. Tych aktorów jest mało. Prawie jak w jednoaktówce. Każdy z nich spełnia niezwykle przemyślaną przez autora rolę. Są bardzo ważnym elementem zmian dokonującym się w życiu bohatera, w jego podróży przez życie, w jego podróży przez własną duszę! Boję się streszczać książkę, bo wtedy słuchacz straci całą przyjemność jej wysłuchania. Ale wymienię tych najważniejszych aktorów: przyjaciela Siddharthy Gowindę-bramina, Wasudewę – towarzysza starości, Kamalę – kurtyzanę, Kamaswamiego – kupca. Spotkanie każdej z tych postaci przez Siddharthę jest punktem zwrotnym w jego życiu. Stanowi o zmianie jego stosunku do samego siebie, do życia, do oglądu świata, w którym żyje, do smaku jedzenia, do kobiet, do rzeczywistości, jak chociażby wygląd nieba, śpiew ptaków, do pragnień, żądzy, pogardy do innych ludzi… Słuchacz śledzi te zmiany i odkrywa w sobie podobną ewolucję uczuć, ba! potrafi ją nawet uzasadnić, gdy Hesse słowami bohatera lub jego towarzyszy odsłania przez całe życie nam asystujące uczucia i emocje, których na co dzień nie dostrzegamy, albo je po prostu odrzucamy w pogoni za nic nieznaczącymi błahostkami. Owe błahostki też Hesse nazywa! Wrzuca Siddharthę w doły żądzy i pragnień, które dla większości są najbardziej pożądanymi do zdobycia szczytami – pieniądze, władza i hazard. Ale to nie taka prosta bajka! Nie ma w niej jasnego podziału na dobro i zło. Dowodem na to jest fakt odrzucenia przez bohatera nauk Buddy. Odrzucenia, ale… nie do końca. Tak naprawdę to trudno jest orzec, gdzie Siddhartha z rodu braminów znalazł ukojenie i złoty środek. Gdzie znalazł oświecenie? Być może odpowiedzią jest życie każdego z nas. Życie, w którym przeplatają się przeróżne perspektywy dające nam możliwość spojrzenia z wielu stron na innych ludzi, dostrzec zieleniejące się drzewa, czy uczestniczenia w rannym letnim koncercie ptaków.
Och! Nie, Hesse nie namawia do hedonizmu czy ascezy. Nie namawia do szukania towarzystwa kurtyzan, ani upojenia się hazardem. Nie namawia do siedzenia w lotosie pod drzewem bodhi. Nie namawia do oddania się religii, żeby pozbyć się pragnień nowych sprzętów i urządzeń, które umilają nam ciężkie na pozór życie. Hesse raczej pokazuje, że nie należy pogardzać pragnieniami innych, nie nosić się z dumą z powodu nadmiaru pieniędzy czy nadmiaru postu i ubóstwa. Że należy traktować każdego z taką samą cierpliwością, z jaką traktujemy samych siebie, ponieważ wszyscy jesteśmy skonstruowani duchowo w podobny sposób, nosząc pierwiastek Kosmosu, Boga, Nirwany, czy jak byśmy to nazwali. I coś jeszcze: przypomina współczesnemu człowiekowi, żeby idąc rano do pracy miał chwilkę czasu na spojrzenie na drzewa; być może kiełkują na nich wiosenne liście, być może zbliża się zima i opadły już ostatnie…
Więc dajmy się ponieść głosowi pana Moskala, który tak pięknie i spokojnie odczytuje za Hermannem Hesse niezwykle baśniowe w stylu fragmenty oparte na powtórzeniach, przykuwających słuchacza do tekstu czy wręcz hipnotyzujących, jak chociażby rozmowę Siddharthy z ojcem, czy spotkania z Kamalą…
Artykuł pochodzi z serwisu Libertas.pl. Autorem artykułu jest Jerzy Lengauer. Książkę można nabyć w sklepie internetowym z audiobookami – www.nexto.pl.




